wtorek, 24 grudnia 2013

czekamy i czekamy

Cierpliwość jest cnotą,tak słyszałam. Wystawia nas na ciężką próbę, ciężko jest to wszystko mi znieść. Anulki wciąż nie ma, Wojtuś wciąż się o nią pyta, reszta rodziny też Ostatnio córeczka powiedziała do mnie parę słów. "mamo,wiem że Ania ma bardzo chore serduszko, i że jak coś się stanie aniołki ja zabiorą do nieba , a czy ty będziesz smutna jak Ani nie będzie?" ja na to oczywiście że tak. Odpowiedziała mi wtedy coś takiego" niepotrzebnie mamo, aniołki się nią dobrze zaopiekują,nie będziesz musiała się smucić"...moja kochana pięciolatka...ale chyba aniołki jej nie zabiorą, już tyle zniosła, operacje, te zabiegi...żyła z tą wadą 2 tyg zanim ją zdiagnozowano. Jest silna, ja w nią wierzę z całych sił, że mała chce z nami zostać za wszelką cenę.Aniu, ja poczekam,wszyscy poczekamy ile trzeba, nawet i miesiące,abyś tylko była z nami w domku.

niedziela, 22 grudnia 2013

Chyba jest nieco lepiej...

Malutka wciąż pod respiratorem , nie odłączają jej , ze względu bezpieczeństwa. Porobiły się jej jakieś pęcherzyki w płucu, założono jej dren do niego.Opatrunek po operacji zdjęty, szwy też, rana jest zgrabna, ładnie zszyta. Spała, kiedy ją odwiedziłam.Uśmiechała się przez sen..Zmiany w płucach się zmniejszyły, crp spada. Kocham moja kruszynkę, tak za nią tęsknie. W domu czeka łóżeczko..pusto bez niej, gapię się na jej łóżeczko, co niestety powiększa moją tęsknotę, i źle się psychicznie czuję. Ale dużo mi daje to, że mogę ją choć trochę pogłaskać, jak ją odwiedzam na oiomie. Ze przez te pięć minut jestem z nią, że widzę, że ona żyje. Jest silna, wierzę, że mała da radę i niedługo będę mogła ją tulić.

czwartek, 19 grudnia 2013

Powoi do przodu

Malutka na oiomie, po poniedziałkowej operacji. Ae ekarz mówi, że wszystko zmierza w dobrym kierunki i mała szybko dochodzi do siebie. Załatwia się już ładnie do pieluszki, jest karmiona sonda mlekiem bebilonem 1.Tak za nia tęsknię, chciałabym ja mocno przytuić, nie tyle aby mieć ją w domu ale chociaż poczuć jej biskość

wtorek, 17 grudnia 2013

załamana..smutna...

No i radość się skończyła..kiedy mała skończyła dwa tyg znalazła się w szpitalu bo nie jadła, nie przybierała na wadze... siniała, jedzenie sprawiało jej ogromny wysiłek, początkowa diagnoza sepsa, potem usg- powiększona wątroba, potem echo serca i następna szokująca diagnoza- poważna wada serca. Kardiochirurg rozmawiał ze mną, tłumaczył na czym wada polega a ja słuchałam go niezbyt uważnie po pierwszym zdaniu myślami odpływałam gdzieś daleko, dlaczego ja? Krew utleniona zamiast płynąc do płuc płynęła do wątroby która była powiększona z tego powodu. Leczeniem może być jedynie operacja, za pomocą płucoserca. Zatrzymali serce malutkiej , naprawili jej i wtoczyli jej krew z powrotem, czyli ja ożywili z powrotem.Wczoraj przeszła 11 godzinna operację. Teraz leży pod respiratorem, jutro będzie próba odłączenia jej od respiratora, nerki ładnie pracują, mała reaguje na bodźce.Jest lekko uśpiona, by bólu nie czuła..tęsknię za nią, czy wygra walkę o życie? Lekarz mówił, że mała ma szczęście i że to cud, że przeżyła te dwa tyg, bo zazwyczaj dzieci  nie przeżywają do dnia operacji.Wada jest rzadka, zaledwie jeden procent dzieci rodzi się z taką wrodzoną wadą. Mimo iż widok dziecka pod respiratorem nie jest miły to mnie ucieszył, bo ona żyje, i tak ładnie wyglądała....różowiutka, pierwszy raz taką ją widziałam, zazwyczaj była bardzo blada, ale myślałam, że taka ma karnacje. Boję się tak boje o nią.....mimo iż przeżyła, to jednak strach jest, saturacji nie ma 1oo procent, tylko 80-90 i lekarza to niepokoi.
tu mała jeszcze przed diagnozą, kiedy lekarze myśleli,że to sepsa

a tu już po diagnozie, kiedy małej spadała saturacja, w komorze tlenowej


piątek, 29 listopada 2013

I już jestem na świecie:)

 25.11 godzina 24-
Wszystko zaczęło się niespodziewanie i dość typowo bo w środku nocy. Wystałam jak zwykle na siusiu i położyłam się do łóżka.Poczułam skurcz, a następnie odgłos coś jakby "pyk" i poczułam, jak robi mi się ciepło i mokro.Od razu poderwałam się i zrobiłam oczy że to już , choć na ten dzień właśnie czekałam 9 miesięcy, więc nie wiem skąd moje zdziwienie. Obudziłam mojego TŻ że odeszły mi wody, a on na to"jesteś pewna że się nie zsikałaś?" no nie ręce opadają...dopakowałam torbę, telefon po karetkę i po kilku minutach byłam już w szpitalu. Na izbie przyjęć rutynowe wypełnianie papierków, i tam poczułam pierwsze skurcze. Podłączyli mnie na 20min pod ktg gdzie pisały się skurcze co 5 min. Potem przyszła pani doktor zrobiła usg, zbadała rozwarcie na 3 palce i wjazd na porodówkę. Na porodówce byłam coś około 2 w nocy. Leżałam i patrzałam na zegarek co ile mam skurcze, co 5 min nadal, nie częściej, ale coraz to boleśniejsze, aż w końcu miałam mdłości z bólu. Położna bada i mówi że zaraz będziemy rodzić i znika mi z oczu. a ja poczułam że muszę przeć i ją wołam.Pojawia się błyskawicznie, rozkłada pośpiesznie narzędzia i mówi że nie przeć. Ale ja nie mogę się powstrzymać i czuję jak mała ze mnie wyskakuje. Położna odbiera poród gołymi rękoma,  mała nie krzyczy, tylko lekko zakwiliła i rozgląda się po sali. Pobierają krew pępowinową, potem kładą małą na brzuchu. Jestem szczęśliwa, zmęczona śpiąca i głodna. Godzina 4.10. pierwsze przywitanie z córeczką. Całe 2960 i 52 dł. szczęścia.

wtorek, 19 listopada 2013

Czekamy...i zchaczyłam o szpital przy okazji

Dawno nie pisałam. Do porodu z usg zostało 11 dni a z terminu ostatniej miesiaczki 17. Który sie sprawdzi- nie wiem. 8 trafiłam do szpitala, zaczeły się skurcze. Ale rozwarcie nie postępowało i dostałam leki na wstrzymanie skurczy i położono mnie na patalogię ciąży. I tam leżałam do wczoraj, stwierdzono jeszcze u mnie rozejście spojenia łonowego, ale mogę rodzić naturalnie. Ledwo co chodzę, tak mnie boli wszystko. Wstawanie, siadanie, przekręcanie się w nocy...alewole na poród czekać tu, niż w szpitalu. Okres ciąży jest wspaniały, ale zaczyna mnie to powoli męczyć. Ta niezgrabność, niemożliwość normalnego poruszania się bez bólu. Kochana Aniu, ale dla Ciebie zniosę wszystko. Przede mną najważniejsza i najpiękniejsza rzecz, jaką może spotkać kobietę w życiu- poród.

wtorek, 5 listopada 2013

Czy już rodzisz?

Ale mnie to denerwuje, wciąż słyszę to pytanie. Kiedy, czy już, jak coś zaboli to już wszyscy na baczność, ech mam tego dość. Jutro zaczynam 36 tydz a wg usg 37 tydz, więc, na litość mam jeszcze czas. Choć synek urodził się dwadzieścia dni wcześniej, to teraz tak wcale nie musi być. (a propo synuś skończył wczoraj trzy latka). Co prawda czuję, że niedługo będzie rozwiązanie, czuję się troszkę inaczej, ledwo chodzę, bo pewnie mała ustawiła się główką w miednicy  tak zwany "chód kaczy". Urodzę, kiedy Ania będzie gotowa, a nie kiedy moja rodzina będzie sobie tego życzyła. Ot, co!

Łączna liczba wyświetleń